Lądujemy punktualnie. Chwilę później wita nas pierwszy surrealistyczny widok. Wszak u nas po bagaże nie podjeżdżają na oko 20-letnie traktory. Później następuje małe zamieszanie, jak opróżnić tego kolosa i przetransportować całe towarzystwo do terminalu. My już gotowi do desantu, zniecierpliwieni po niekończącej się podróży, a towarzystwo na zewnątrz zastanawia się, które schody, do których drzwi samolotu podstawić i coś się zdecydować nie mogę. Gdy w końcu jednak decydują się nas uwolnić, pod samolot podjeżdżają chyba wszystkie dostępne na lotnisku środki transportu mieszczące więcej niż 4 osoby. Po dotarciu do terminalu zabieramy się do wypełniania kolejnych papierków - mimo, że część wykaligrafowaliśmy jeszcze w samolocie. Po raz czwarty wypisuję zatem dane, odpowiadam na pytania po co, na co, na ile, dlaczego. OK. Wypisane. Ustawiamy się w kolejce po wizę. Gaśnie światło. Okeeyyy.... Chwilę później jest z powrotem. I najlepszym się zdarza, więc nie panikujemy ;) Parę minut potem gaśnie znowu. Ehh... Skanery linii papilarnych stoją przy każdym biureczku, a tu prądu nie ma co chwilę... Pracownicy lotniska nie wyrażają jakiegoś wielkiego zdziwienia co chwilę gasnącym światłem, więc mniemam, że to tutejsza norma i też przestaję zwracać na to uwagę...
Miły pan, do którego w końcu udało nam się podejść przegląda wszystko dokładnie, skanuje nasze paluszki do systemu i kasuje nas na 100$ za dwie osoby. Oddaje nam też przy okazji jeden ze skrupulatnie wypełnionych przeze mnie papierków. Odruchowo jeden przedzieram na pół. W końcu dane osobowe. Przy drugim wykazuję trochę więcej rozsądku i chowam w całości do torebki. Zabieramy z podajnika na plecaki, które Zdążyły wykręcić już z 15 kółek zanim załatwiliśmy formalności. Udajemy się do wyjścia. Pech chce, że podarty formularz, który leży sobie spokojnie w mojej torbie należy oddać w biurze celnym. Kajam się zatem przez miłą, starszą panią, że ja tak niechcący go podarłam i mogę jeszcze raz wypisać tylko niech mi czysty druk da. Albo papierki nie mają aż takiego znaczenia albo te procedury to pic na wodę albo pani się nie chce zawracać sobie głowy szukaniem formularza, bo macha ręką, zabiera podarte dane osobowe i każe sobie iść dalej. No to idziemy. Nie ma to jak blondynka w podróży.. :)
Łapiemy taksówkę. Koszt dojazdu do centrum 2000 szylingów. Podróż zajmuje niecałą godzinę. Taksówkarz pociesza nas, że jest 16:40, więc mieliśmy szczęście, bo od 17 to już wszystko stoi i podróż z lotniska do centrum może zająć dużo więcej czasu.
Nasz hotelik okazuje się być bardzo wczesnym PRL-em. Ale wydaje nam się, że i tak jest nieźle. Padnięci po naszym kombinowanym połączeniu po prostu padamy, tak jak stoimy. Koło 22 budzi nas omyłkowy telefon jakiejś pani, która zdecydowanie nie spodziewała się usłyszeć w słuchawce angielskiego. Chwilę później śpimy znowu.